Archive for the ‘24-70L’ tag
Kiev






Pocztówkowo. Kijów pokazał się teraz trochę z innej strony. Kiedy byłem tam latem, Kijów był pełny słońca, ciepła. Teraz w kwietniu mogłem zobaczyć go więcej. Nadal jestem pod wrażeniem, że to miasto przypomina mi Warszawę. Szczególnie drugi brzeg Dniepru. U nas też tak powinno być. Wieżowce, wieżowce i wieżowce. Kijów ma to do siebie (moim okiem), że to miasto ma swój styl. Tam socrealizm, tam styl nowej Ukrainy. Oczywiście są i ciekawe kwiatki jak m.in. to:

Jakoś nie napinałem się ze zdjęciami, bo po prostu lubię Kijów.
Prypeć & Czarnobyl
Podróż z Warszawy do Kijowa, jak by nie liczyć trwała jedyne jeden dzień. W Krakowie obiad, parę spojrzeń na te tłumy i dobra ciemna herbata. Droga do Kijowa była ciężka, pisałem już o tym, ale po Ukrainie zawsze pociągiem. Drogi są tak fatalne, że nie dziwię się, że ludziom szkoda samochodów na ich drogi. Kijów przywitał nas słońcem. Dla wielu moich ludzi był to pierwszy kontakt ze wschodem. Cieszy mnie to bo Kijów zrobił na nich miłe wrażenie. Spaliśmy koło pięknej i wielkiej cerkwi…której nawet nie sfotografowałem
Tego dnia zwiedziliśmy miasto (tak jak można w parę godzin). Wieczorem na Majdanie Niezależności piwko. Ja nie piłem, następnego dnia do Czarnobyla. Wolałem się lepiej czuć jak martwić się o swoje jelita.
Do wjazdu do zamkniętej zony czarnobylskiej, lub jak kto woli do strefy alienacji – wszystkie nazwy bardzo na mnie działają – jest jakieś 90 km od Kijowa. Po drodze można napotkać na rzeczy które przypominają wydarzenia z roku 1986. Aby wjechać do zony trzeba mieć kasę, zezwolenie, przewodnika i paszport. Resztę rzeczy jak kto woli. Zapewne można też wbić się samodzielnie, ale stalkerstwo to nie moja rola. Po 20 km od wjazdu, kolejny punkt kontrolny. Tutaj kolejna kontrola i jesteśmy już w strefie wewnętrznej. Wszędzie widać, że tu było życie. Opuszczone wsie, a im bliżej elektrowni, zasypane wsie. Duże wrażenie. Na każdym miejscu gdzie leży zakopany dom, znak informujący o promieniowaniu.
Pierwszym punktem styczności z tym wielkim miejscem jest widok na komin elektrowni w drodze do Prypeci. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłem zabiło mi mocniej serce. Kiedy czyta się książki, ogląda filmy i albumy o tym miejscu, właśnie ten komin przypomina mi o wielkiej tragedii, jaka miała tu miejsce. Mijamy betonowy znak Припять 1970. Dalej kolejna kontrola i jesteśmy w Prypeci. Nagle miasto widmo stało się rzeczą namacalną. Jako osoba dla której cała ta czarnobylska sprawa jest w roli szaleńczych zainteresowań, poczułem jak adrenalina robi swoje. Ja w Prypeci. Ja!
Umieszczę kilkanaście zdjęć w sieci. Na dzień dzisiejszy nie chcę wszystkiego co zrobiłem pokazać. Nie jest to żadna tajemnica, samolubstwo. Po prostu potrzeba mi jeszcze czasu bym sobie wszystko poukładał. Tymczasem parę zdjęć, opis. Możliwe, że niebawem (dosłownie tydzień) zrobię slajdowisko w Warszawie.

Znak informujący o końcu miasta Czarnobyl. Dla ścisłości trzeba powiedzieć, że od samego miasta do elektrowni jest pewna odległość. Zaskoczyłem się znacznie bo w tamtych okolicach jest sporo ludzi – pracujących dla elektrowni i podobnym sprawom. Słyszałem, że mieszka tam dużo więźniów, ale czy to prawda?

Celem wyprawy było m.in. to zdjęcie. Nic specjalnego bo przecież to szablonowa fotka, ale zobaczyć na żywo miejsce w którym to się zaczęło – ciekawe przeżycie. W tej odległości promieniowanie było wysokie. Podczas spaceru były miejsca o jeszcze większych pomiarach. Licznik przyłożony do betonu w tym samym miejscu wskazywał o 200 jednostek więcej. Oficjalnie na zdjęciu nie może pojawić się ogrodzenie i wszystkie elementy techniczne. Obok jest pomieszczenie z którego jeszcze lepiej widać elektrownię i jej ogromny sarkofag. Niestety miła Pani nie pozwalała fotografować, a kiedy zbliżyłem się do okna (wcześniej Pani zasłoniła okno) Pani pokiwała palce: niet niet! Sama elektrownia jest wielka, nawet nie spodziewałem się, że to bydle jest takie ogromne.






Prypeć. W jednym z filmów dokumentalnych o Czarnobylu, był tekst o tym, że to miasto nie może być puste, bez bawiących się dzieci. Kiedy przyroda wdziera się w miasto, szczególnie takie jak Prypeć wiem ile w tym prawdy. Będąc w typowym mieście, nie słychać tego co tu. Ptaki, kroki, ptaki i nasze głosy. Kiedy stałem na górze wieżowca słyszałem jak kolega mówił coś do drugiego. A tu w Warszawie? Nie ma takiej możliwości. Beton, pustka i cisza zmieniają fale i odbicia.
Inaczej wyobrażałem sobie to miasto. Jednak jak się coś ogląda, a jak się w nim jest. Dwie różne rzeczy. Kiedy spacerowałem chciałem poczuć to miasto. Opuszczone budynki mieszkalne czy użytkowe nie oddaję tego co kryją w sobie. W bufecie szkolnym rozsypane maski przeciw gazowe, zeszyty. Przez takie małe rzeczy dociera do człowieka jak wielka tragedia musiała się tu zdarzyć. Dziś wszystko już rozkradli, sprzedali. Nie ma tego miasta. Pozostała pustka, którą trudno zarejestrować. W tak krótkim czasie ciężko zrobić i pokazać to co się czuje. Moje fotografie traktuje jako krótki zapisek do mojego pamiętnika. Czas zatrzymał się tam pod koniec kwietnia 1986 roku. Resztę dokonali szabrownicy i mieszkańcy, który pozabierali swoje napromieniowane sprzęty.
Byłem w jednym mieszkaniu wieżowca. Małe mieszkanie w którym pozostały tylko drzwi, okna, tapety, rozszabrowana szafa na ubrania, kuchenka gazowa. W łazience nawet krany pozabierali. Widok z tego wieżowca (napotkany na wielu fotografiach) był oszałamiający. Zawsze chciałem go zobaczyć na żywo. Tej chwili zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć. Po prawej stronie można zobaczyć radar zwany Czarnobyl 2 aka Oko Moskwy. Niestety nie można było tam się dostać. Radar ten jest na terenie wojskowym. A szkoda.

W Prypeci spotkać można wiele śladów żyjących tam zwierząt. Ślady, odchody i nagle ku mojemu zdziwieniu pojawił się wielki łoś. Tak szybko gnał, speszony, że udało mi się zrobić tylko jedno zdjęcie na którym go widać. Zastanawiałem się czy nawet w samej Prypeci bardziej niebezpieczne są dziko żyjące zwierzęta jak promieniowanie. Tu jednak jest kilka zasad bezpieczeństwa. Niestety większość z nich złamałem, ale to przecież śmierć się za mną nie czai. Nie można wchodzić na trawę (złamane), wschodzić do mieszkań i budynków (złamane), stawiać rzeczy na ziemi czy czegokolwiek dotykać (złamane). Na szczęście to nic poważnego, ale promieniowanie ma to do siebie, że lubi osadzać się w różnych miejscach. W samej Prypeci miałem na sobie biały kombinezon przeciwpyłowy. Może to wydawać się szpanerskie czy ładnie wyglądające (a jak!) to jednak chciałem zachować swoje ubrania. W budynkach używałem maseczki (także przeciwpyłowej). Lepiej fajnie po wyglądać, niż się stresować. To w brudzie tkwi siła zła.

W zamkniętej zonie czarnobylskiej taki znaczek to powszechny widok. Tu był kiedyś dom, dziś tu nie ma nic.

Po powrocie do Kijowa, wyrzuceniu butów, szybkiej kąpieli nasunęły mi się różne myśli. To miasto i okoliczne wsi umarły. Dla mnie takie miasteczko to miejsce idealne dla ludzi. Wszystko jest, woda, basen, stadion. Jednak los nie pozwolił na to. Jak to mówią: zawsze coś. Spełniłem swoje marzenie, zawsze chciałem tam pojechać i zobaczyć na żywo to miejsce.
Nie wiem czy kiedykolwiek tam jeszcze pojadę, ale wolę mieć jednak trochę niedosytu by moja wyobraźnia jeszcze tworzyła Doktora Radyację. Nie zostawiłem tam nigdzie jego fotografii. Wyobraźnia jest zbyt silna i ma za duże zapotrzebowania.
Jeszcze coś napiszę, ale już nie mam siły. Jak by ktoś miał jeszcze jakieś pytania niech pisze.